Waldemar Sawada służbę w straży pożarnej rozpoczął w 2006 roku, mając 29 lat.
- To nie było na zasadzie „chcę być strażakiem”. Po prostu wyczytałem ogłoszenie w gazecie i pomyślałem: „spróbuję” - wspomina.
Decyzja nie należała do najłatwiejszych. Dom pełen obowiązków, żona i synowie, a przed nim perspektywa kilkumiesięcznego szkolenia poza domem. W rodzinie nie było wcześniej tradycji pożarniczych, więc brakowało też „entuzjazmu” bliskich wobec nowej koncepcji drogi zawodowej.
- Poradziliśmy sobie jednak i tak zostało do dziś - dodaje z uśmiechem.
Po latach służby pan Waldek nie ma wątpliwości, co w tej pracy jest najważniejsze. Największą nagrodą nie są odznaczenia, ale moment, gdy po zakończonej akcji można zdjąć hełm i powiedzieć: „Udało się. Wszyscy są cali”.
– No i każde „dziękuję” od ludzi jest ważne i budujące - zaznacza.
Ojciec i synowie w mundurze
Choć praca strażaka daje ogromną satysfakcję, ma też swoje cienie. Najtrudniejsze?
- Niestety, najbardziej pamięta się te akcje związane z tragedią i śmiercią. Wypadki, pożary... te z udziałem dzieci bolą najbardziej. Ale są też i takie, które wspomina się z uśmiechem. Jednym słowem: strażackie życie - wyznaje pan Waldemar.
Choć dziś nie jeździ już tak często do akcji, bo pracuje w systemie ośmiogodzinnym na stanowisku kierownika sekcji kontrolno-rozpoznawczej KP PSP w Pleszewie, przez blisko dwie dekady swojej pracy obserwował, jak straż pożarna przechodzi technologiczną rewolucję.
- Sprzęt jest lepszy, zakres działania szerszy, a szkolenia bardziej wymagające - wylicza.
Zmieniło się też to, jak strażaków widzą inni. Dziś nikt nie kojarzy ich tylko z gaszeniem ognia.
- Teraz wszyscy wiedzą, iż strażak ratuje, wycina, pompuje, szuka, nosi i pomaga. Krótko mówiąc: człowiek od wszystkiego.
Dziś tradycja, której kiedyś w rodzinie brakowało, buduje się na oczach pana Waldemara. Synowie Bartosz i Julian postanowili pójść w jego ślady i również wybrali zawód strażaka. Co czuje ojciec, gdy widzi ich w mundurach?
- Mieszanka dumy i „zdrowej ojcowskiej troski” - przyznaje szczerze.
Choć na ich decyzję zareagował radosnym „No i pięknie!”, w głębi duszy zawsze tli się ta sama prośba: „Tylko, żeby byli rozważni”.
Obserwował służbę ojca
Dla Bartosza Sawady straż pożarna była obrazem, który towarzyszył mu od dzieciństwa. Dziś, jako strażak i Powiatowy Koordynator Ratownictwa Medycznego służby PSP w Pleszewie, kontynuuje rodzinną tradycję, choć przyznaje, iż rzeczywistość strażaka rzadko przypomina tę filmową.
Jego przygoda z mundurem zaczęła się w 2013 roku od Młodzieżowej Drużyny Pożarniczej w Pleszewie. Jednak fundamenty pod tę decyzję kładł znacznie wcześniej, obserwując służbę swojego taty. Skończył studia na kierunku Ratownictwo Medyczne (Uniwersytet Kaliski), przeszedł szkolenie w Ośrodku Szkolenia KW PSP w Poznaniu i kwalifikacyjny kurs zawodowy w SA PSP Poznań. Służbę rozpoczął w Poznaniu, w jednostce ze Specjalistyczną Grupą Ratownictwa Chemiczno-Ekologicznego.
Dziś swoje doświadczenie wykorzystuje w KP PSP w Pleszewie. Choć mogłoby się wydawać, iż ojciec-strażak wywierał presję na synów, rzeczywistość była inna.
- Tata nigdy nas nie namawiał. Dał nam wolną rękę, a wyszło tak, iż i mnie, i bratu - ta służba spodobała się najbardziej - wspomina Bartek.
Szybko zweryfikował jednak swoje wyobrażenia o zawodzie. Podkreśla, iż praca w straży to nie tylko widowiskowe akcje, które znamy z ekranów telewizorów.
- To nie film, gdzie ściąga się kota z drzewa przy oklaskach tłumu. Rzeczywistość bywa wymagająca psychicznie i fizycznie. Warunki służby potrafią być naprawdę trudne - mówi otwarcie.
Dodaje jednak, iż każda uratowana osoba jest warta tych poświęceń. Wspólne akcje i ćwiczenia z ojcem czy bratem traktuje profesjonalnie: w ogniu czy przy wypadku są dla siebie przede wszystkim partnerami w służbie. Zapytany - co poradziłby osobom, które myślą o założeniu munduru, odpowiada krótko.
- jeżeli to czujesz, po prostu spróbuj. Według Bartka, idealny kandydat musi łączyć w sobie trzy najważniejsze cechy: wytrwałość, sprawność fizyczną, empatię.
Dramaty zostają w pamięci
Julian Sawada, młodszy syn pana Waldka i pani Sylwii, dopełnił rodzinną tradycję. Jego przygoda z mundurem nabrała tempa w 2023 roku, kiedy wstąpił w szeregi Ochotniczej Straży Pożarnej w Pleszewie.
Dla młodego chłopaka był to moment przełomowy.
- To tam po raz pierwszy poczułem adrenalinę, ale przede wszystkim ogromną satysfakcję i euforia z niesienia pomocy drugiemu człowiekowi - wspomina.
Te pierwsze akcje utwierdziły go w przekonaniu, iż chce iść o krok dalej. We wrześniu 2025 roku rozpoczął szkolenie w Państwowej Straży Pożarnej w Poznaniu. Dziś Julian pracuje już jako strażak-ratownik w Jednostce Ratowniczo - Gaśniczej nr 2 w Poznaniu.
Nie kryje, iż temat straży był obecny w ich domu „od zawsze”. Najpierw słuchał opowieści taty, później dołączył do nich starszy brat, Bartek.
- Tata zawsze podkreślał, iż to musi być moja własna decyzja. Nigdy nie było presji - zaznacza.
Dziś cała trójka wymienia się doświadczeniami, co dla najmłodszego stażem Juliana jest bezcenną lekcją.
- Bardzo często wymieniam się doświadczeniami z tatą i bratem. Ich wiedza i staż w służbie są dla mnie cennym źródłem nauki, a ja staram się dążyć do tego, by być jak najlepszym strażakiem i ratownikiem. Choć wspólne akcje z ojcem czy bratem bywają nietypowym przeżyciem, na miejscu zdarzenia emocje rodzinne schodzą na dalszy plan. Obowiązują te same zasady, procedury i współpraca, jak z każdym innym strażakiem - wyjaśnia.
Równolegle ze służbą Julian studiuje ratownictwo medyczne. Ma świadomość, iż praca strażaka to nie tylko blask fleszy, ale często kontakt z ludzką tragedią.
- Straż różni się od obrazu z mediów. Często mamy do czynienia z dramatami, które zostają w pamięci na długo. Dlatego tak ważna jest odporność psychiczna - uważa.
Dla Juliana straż to wybór dla osób, które nie boją się wyzwań i potrafią działać pod presją czasu. Według niego, obok kondycji fizycznej, kluczowa jest umiejętność rozmowy i empatia.
Życie z trzema strażakami
Sylwia Sawada, żona pana Waldemara i mama Bartosza i Juliana, z zawodu polonistka od lat żyje w cieniu strażackiej syreny.
Życie z trzema strażakami to wyzwanie logistyczne, które opanowała do perfekcji. Choć Bartek nie mieszka już w rodzinnym domu, strażacka energia wciąż wypełnia każdy kąt.
- Harmonogramy służb znam lepiej niż własny plan lekcji. Pranie w większości czarne. Po pracy i po akcjach nie rozróżniam już nawet, co należy do kogo - przyznaje.
Widok męża i dwóch synów w pełnym umundurowaniu to dla pani Sylwii zawsze moment szczególny.
- To mieszanka wzruszenia, dumy i lekkiej tremy - jakby mieli za chwilę recytować „Redutę Ordona". Niestety, stawka jest najwyższa. Ich życie. Wiem jednak, iż mogą uratować ich wiele. Mundur dodaje im powagi, a mnie dodaje… szybszych uderzeń serca - wyznaje.
Czy można przywyknąć do dźwięku syreny? Pani Sylwia twierdzi, iż nie. Za każdym razem, gdy słyszy alarm, jej serce na moment zamiera.
- To pierwszy impuls, ukłucie strachu. Ale zaraz potem przychodzi myśl: „Oni wiedzą, co robią. Są profesjonalistami”. Włączam wtedy tryb cichego oczekiwania i nadzieję, iż wszystko się udało - mówi.
Decyzje synów o pójściu w ślady ojca były dawkowane w czasie - dzieli ich osiem lat różnicy, co pozwoliło matczynym emocjom nieco ochłonąć.
- Kiedy Julian podjął ostateczną decyzję, pomyślałam. No pięknie, teraz choćby przy stole będę miała tylko strażackie opowieści. I nie myliłam się. Analizują, uczą się, wymieniają doświadczenia - opowiada pani Sylwia.
Jako polonistka szuka odpowiednich słów, by opisać swoje uczucia, ale żartuje, iż żadna rozprawka by tego nie udźwignęła.
- W duchu wysłałam im krótkie, matczyne zdanie z ogromnym ładunkiem emocjonalnym: „Chłopcy, róbcie, co kochacie”. Bo choć po ludzku po prostu się boję, to ufam im bezgranicznie.
https://zpleszewa.pl/wiadomosci/noworoczne-spotkanie-pleszewskich-strazakow/rJ1UWKFRjdVSjShY5f7G
4 godzin temu
![Kolejny pożar w regionie. Garaż spłonął w Przybyszowach. Długa akcja strażaków [zdjęcia]](https://tkn24.pl/wp-content/uploads/2026/01/Pozar-garazu-w-Przybyszowach-5.jpeg)









