Nocny pożar w Łodzi. Mateusz nie chciał spać w swoim pokoju. To uratowało mu życie

13 godzin temu

Pożar wybuchł tuż przed północą

Ogień pojawił się na parterze blolku w poniedziałek, 5 stycznia, tuż przed północą. W mieszkaniu przebywały cztery osoby: 43-letni mężczyzna, 27-letnia kobieta oraz dwoje dzieci w wieku 2 i 3 lat. Gdy na miejsce dotarły służby, z lokalu wydobywały się płomienie i gęsty dym. Na klatce schodowej znajdował się poparzony 43-latek. Wskazał policjantom, iż na balkonie jest mama z małym dzieckiem.

Jak dramatyczna była akcja ratunkowa, można zobaczyć na nagraniu opublikowanym przez łódzką policję. Widać na nim, jak funkcjonariusze próbują gasić pożar i przez balkon wynoszą maleńkie dziecko - w samym pampersie.

Mateusz nie chciał spać w swoim łóżku

To miała być zwyczajna, spokojna noc. Wieczorny relaks, jutro dzień wolny... Dwuletnia Emilka marudziła, iż nie chce spać. Trzyletni Mateuszek trochę rozrabiał i uparcie nie chciał iść do swojego pokoju. W końcu rodzice ulegli. Dzieci zasnęły w ich łóżku. Dorośli jeszcze nie spali - oglądali telewizję.

Juz niedługo miało się okazać, iż ta jedna decyzja uratowała Mateuszowi życie. Chłopiec nie spał w swoim pokoju - tym samym, który chwilę później stanął w ogniu.

Było już po godz. 23, gdy pani Patrycja wstała, by skorzystać z toalety. Otworzyła drzwi do pokoju i nogi ugięły się pod nią.

- Pali się!

- krzyknęła i pobiegła do łóżka po dzieci.

Pokój syna był już w ogniu, a płomienie rozprzestrzeniały się błyskawicznie. Kobieta nie wahała się ani chwili. Wzięła na ręce córeczkę i pobiegła zostawić ją u sąsiadów. Kiedy wróciła, droga ucieczki była już całkowicie odcięta. Chwyciła synka i razem z nim schroniła się w jedynym w miarę bezpiecznym miejscu - na balkonie.

- To były sekundy. Mąż w tym czasie próbował gasić płomienie, a ja dzwoniłam po pomoc

- opowiada Patrycja Misiewicz.

Lekarze bali się, iż nie będzie mówił i widział

Prawdopodobną przyczyną pożaru było zwarcie instalacji elektrycznej - najpewniej w okolicy telewizora w pokoju dziecięcym. Instalacja była stara, a rodzina planowała jej wymianę w przyszłym roku. Nie zdążyli. Tuż przed świętami udało im się odświeżyć pokój syna: pomalowali ściany, położyli nowe panele, wstawili łóżko. To właśnie ten pokój spłonął doszczętnie.

- Kiedy dotarła pomoc, mąż natychmiast został zabrany przez pogotowie i trafił do szpitala w ciężkim stanie. Miał poparzone 15 proc. ciała, głównie twarz. Od momentu tragedii przebywał w śpiączce. Na szczęście udało się go już wybudzić, ale jego stan jest przez cały czas poważny. Z uwagi na rozległość ran przewieziono go do Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. Początkowo lekarze obawiali się, iż nie będzie mówił i widział. Na szczęście tak się nie stało. Z trudem i szeptem, ale mówi, widzi i słyszy

- mówi, ocierając łzy, Patrycja Misiewicz.

- Teraz czeka na przeszczep skóry, bo obrażenia są rozległe.

Mieszkanie nie nadaje się do użytku. Pokój chłopca spłonął, a wraz z nim znaczna część dorobku rodziny. Pozostałe pomieszczenia są silnie zadymione i wymagają generalnego remontu. Lokal został wyłączony z użytkowania, dlatego kobieta wraz z dziećmi musiała go opuścić.

Początkowo chciała znaleźć schronienie w domu samotnej matki, jednak nie było wolnych miejsc. Pomógł przyjaciel męża, który mieszka w sąsiednim bloku. To u niego tymczasowo zatrzymała się rodzina.

Gdy tylko może, pani Patrycja wraca do mieszkania i próbuje sprzątać. Tylko co zostanie z niego za chwilę? Większość rzeczy nadaje się do wyrzucenia. Boazeria w przedpokoju przesiąkła dymem, ściany również. Na razie udało się w miarę oczyścić kuchnię.

- Nie mam teraz do tego głowy… Do tej pory zajmowałam się dziećmi, a mąż pracował. Jeździł na wózkach widłowych. Nie zarabiał kokosów, ale na skromne życie starczało. Teraz muszę znaleźć dzieciom żłobek i wrócić do pracy, bo jak mąż wróci, to na pewno nie będzie w stanie pracować

- załamuje ręce kobieta.

- Ja teraz muszę przede wszystkim zająć się dziećmi, pomóc im odzyskać równowagę po tym, co przeszły. A nie jest to łatwe. Próbują układać puzzle, bawić się, ale wciąż czują lęk. Emilka nie może spać w nocy…

Pomoc ruszyła

Na szczęście niemal natychmiast ruszył łańcuszek pomocy. Brat pani Patrycji, Kamil, opublikował apele na facebookowych grupach, a siostra Sylwia założyła internetową zbiórkę. W akcję włączyła się także spółdzielnia mieszkaniowa, która udostępnia prośby o pomoc. Administracja zadeklarowała również, iż bezpłatnie wymieni okno w spalonym pokoju.

Sąsiedzi zapewnili rodzinie ubrania. Teraz jednak najbardziej potrzebne są pieniądze na remont.

- Wydarzyła się tragedia, która w jednej chwili odebrała rodzinie wszystko. Pożar zabrał im dom, poczucie bezpieczeństwa i cały dorobek życia. Patrycja została sama z dwójką małych dzieci. Dziś stoi przed dramatem, którego nie powinien doświadczać nikt - samotna mama, bez dachu nad głową, bez ubrań, bez podstawowych rzeczy dla dzieci

- opisuje siostra, Sylwia Gorzycka.

- Patrycja jest złamana… Na szczęście po moich apelach już pojawiło się sporo ludzi, którzy okazali serce

- dodaje brat, Kamil.

To jednak wciąż kropla w morzu potrzeb. Rodzina oszacowała koszt remontu na 30 tys. zł - i taki jest podstawowy cel zbiórki. Przy skali zniszczeń to bardzo skromna kwota. Trzeba nie tylko odmalować ściany, ale też kupić meble dla dzieci, zabawki i opłacić ekipę remontową.

Jeśli ktoś chciałby wesprzeć rodzinę, podajemy .

Idź do oryginalnego materiału