„Strażakiem się jest, a nie bywa”. Niedawno udowodnił to mieszkaniec Witkowa, strażak Jan Przybylski, który był świadkiem wypadku w powiecie gnieźnieńskim. Mężczyzna pomógł kobiecie z 3-miesięcznym dzieckiem.
18 sierpnia, gdy sekc. Jan Przybylski z Wydziału Ośrodka Szkolenia Komendy Wojewódzkiej PSP w Poznaniu wracał do domu po służbie, był świadkiem wypadku na drodze krajowej nr 15 w miejscowości Szczytniki Czerniejewskie (pow. gnieźnieński). Zderzyły się tam dwa samochody. Strażak natychmiast ruszył na pomoc poszkodowanym. Witkowianin opowiedział nam o całym zajściu i swojej postawie, o której było głośno choćby w ogólnopolskich mediach.
Jako czynny strażak, widząc ludzi w potrzebie, miałeś prawdopodobnie naturalny odruch, aby ruszyć z pomocą…
W takich sytuacjach człowiek nie zastanawia się długo, co powinien zrobić. Kiedy zobaczyłem wypadek, naturalną reakcją było zgaszenie samochodu, włączenie świateł awaryjnych, wybiegnięcie z samochodu i sprawdzenie, czy podróżujący nie potrzebują pomocy. Jestem strażakiem, ale przede wszystkim jestem człowiekiem. Zawsze staram się niezależnie od miejsca i sytuacji pomagać innym, choć czasami cierpi na tym moja rodzina, ze względu na nieobecności w domu. Po przekazaniu informacji do Stanowiska Kierowania Komendanta Wojewódzkiego PSP zrobiłem rozpoznanie i sprawdziłem uczestników zdarzenia. Szczególną uwagę zwróciłem na kobietę z dzieckiem. Jak się później okazało, po wywiadzie „SAMPLE” z mamą, chłopczyk był, jest w wieku mojego syna, tj. 2.5 miesiąca… W takiej sytuacji priorytetem było dla mnie zapewnienie im bezpieczeństwa i spokoju do czasu przyjazdu służb. Zaprowadziłem ich do swojego samochodu, przeprowadziłem badanie urazowe dziecka, zabezpieczyłem przed wychłodzeniem i pozostałem z nimi do momentu przyjazdu strażaków i pozostałych służb.
Spisałeś się na medal. Otrzymałeś wiele ciepłych słów i pozytywnych komentarzy. Czy czujesz się bohaterem?
Czy czuję się bohaterem? Absolutnie nie. I chyba właśnie tak powinno być. Bohaterem byłby ktoś, kto robi coś wyjątkowego dla uznania. Ja zrobiłem coś, co wynika z tego, kim jestem, czego nauczyła mnie służba i jakie wartości są dla mnie ważne. Strażakiem jest się przecież nie tylko przez osiem godzin w mundurze. Strażacy od lat cieszą się jednym z najwyższych poziomów zaufania społecznego, często sięgającym niemal 100 procent. Traktuję to nie jako powód do dumy z samego siebie, ale przede wszystkim jako ogromne zobowiązanie. Ludzie mają prawo oczekiwać od strażaka, iż w chwili zagrożenia nie odwróci wzroku i będzie wiedział, co zrobić. To zaufanie buduje się każdego dnia, nie tylko podczas służby, ale również wtedy, kiedy munduru nie ma na sobie. Myślę, iż każdy z nas chciałby w podobnej sytuacji spotkać na swojej drodze kogoś, kto się zatrzyma, podejdzie i powie: „Spokojnie, już jestem, pomogę”. Tego bym chciał dla swojej rodziny, jeżeli mnie akurat kiedyś zabraknie i nie będę mógł pomóc. Tamtego dnia po prostu chciałem być właśnie taką osobą dla kogoś, kto znalazł się w trudnym momencie. Najbardziej cieszy mnie to, iż wszystko skończyło się dobrze i nikt nie wymagał hospitalizacji. Cała medialna otoczka jest oczywiście miła, ale dla mnie najważniejsze jest to, iż w tamtym momencie udało się zapewnić tej mamie i jej dziecku bezpieczeństwo. Reszta jest drugorzędna.
Jakie wniosek można wyciągnąć z tej sytuacji?
A jeżeli miałbym z tego zdarzenia wyciągnąć jedną rzecz, to chyba taką, iż nigdy nie wiemy, kiedy sami możemy znaleźć się po drugiej stronie. Dzisiaj to ja mogłem pomóc komuś, a jutro być może ktoś zatrzyma się przy mnie. Chciałbym, żeby był to prosty przekaz: warto reagować.
Dziękuję i jeszcze raz gratulujemy wspaniałej postawy, która jest najlepszym przykładem strażackiego powołania!
Dziękuję.

3 dni temu





