W Kozakach ktoś jeszcze zdążył rozwiesić pranie. Ktoś inny kosił trawę. Ale ten słup dymu rósł za szybko. Później było go widać z kilkudziesięciu kilometrów. A już po dwóch godzinach strażacy wiedzieli, iż walczą z największym pożarem lasu od
lat.Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Wilgotność ściółki spadła do zaledwie 6-7 procent. To mniej więcej tyle, co kartka papieru, na której teraz to czytasz. Wiatr osiągał w porywach ponad 60 kilometrów na godzinę. Płomienie przeskakiwały przez leśne dukty i drogi przeciwpożarowe. Strażacy opowiadają, iż ogień „szedł koronami drzew”, a to najgorszy możliwy scenariusz w sosnowym borze. O pożarze wierzchołkowym ogniowcy mówią z takim samym respektem, z jakim marynarze wspominają o
sztormie.ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ: – Przy bardzo silnym wietrze ogień przenosił się górą, tworząc nowe ogniska choćby w odległości kilometra od głównego pożaru – mówi Anna Sternik, rzecznik prasowy Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Lublinie.– Człowiek polewa jedno miejsce, a ogień nagle pojawia się sto metrów dalej – opowiada strażak z województwa podkarpackiego, który pracował w rejonie Osuch."Zostawiali węże i musieli sami uciekać"– Strażacy opowiadali mi, iż wiatr przenosił ogień za ich plecy – mówi burmistrz Józefowa, Roman Dziura. – Zostawiali węże i musieli sami uciekać, bo zostaliby poparzeni. A może niejeden by zginął.W epicentrum pożaru temperatura była tak wysoka, iż strażacy pracowali rotacyjnie po kilkanaście minut. Potem musieli się wycofywać, żeby uniknąć odwodnienia i poparzeń. Ratownicy gasili ogień zarówno z ziemi, jak i z powietrza. Wykorzystywano ciężkie samochody terenowe, quady i harwestery do wycinania pasów przeciwpożarowych.– Zapadła mi w pamięci taka sytuacja, gdy jechaliśmy samochodem. Z jednej i z drugiej strony ogień. Z przodu dalej jak dwa–trzy metry świata nie było widać – wspomina Stanisław Kozyra, wójt gminy Łukowa. – Strażacy krzyczeli do nas, żeby uciekać, bo za chwilę wszystko wyleci w powietrze. Nogi zrobiły mi się jak z
waty.Beczka prochuPuszcza Solska była gotowa zapłonąć już od początku marca. Deszczu prawie nie było.– Już 7 marca, kiedy ciągniki wyjechały w pola, wszędzie się kurzyło – mówi wójt Stanisław Kozyra. – Od tamtej pory był tylko jeden niewielki deszcz. To była kropla w
morzu.Las był suchy jak proch. W ciągu kilku godzin do akcji skierowano ponad 100 zastępów straży pożarnej. Potem ta liczba jeszcze wzrosła. W szczytowym momencie z ogniem walczyło blisko 700 strażaków. Pomagali żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej, leśnicy, policjanci. Pomagał, kto mógł.ZOBACZ: Na kilka dni Puszcza Solska zamieniła się w gigantyczny front walki.– To było coś niewyobrażalnego – wspomina wójt Kozyra. – Setki strażaków, cysterny z wodą, śmigłowce, samoloty gaś
nicze.Wieczorem nad Puszczą Solską niebo zrobiło się czerwone. Jeszcze zanim przyszedł Alert Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, niektórzy ludzie zaczęli pakować najpotrzebniejsze
rzeczy.Wszystko było potwornie prześmierdnięte– To było totalne przerażenie – mówi Kozyra. – W pewnym momencie ogień był około kilometra od domów w Kozakach. Przy takim tempie pół godziny i byłby u mieszkańców.W miejscowościach położonych najbliżej lasu ludzie przez całą noc nasłuchiwali komunikatów i obserwowali kierunek wiatru.– W Józefowie poziom zadymienia powodował ogromny lęk mieszkańców – mówi burmistrz Roman Dziura. – Wiele osób sugerowało, żeby rozpoczynać ewakuację.Dym wciskał się wszędzie, w ubrania, pościel, firanki. Był choćby komunikat, by zamykać okna i drzwi.– Wszystko było potwornie prześmierdnięte – mówi burmistrz Józefowa. – W powietrzu cały czas wyczuwało się spaleniznę. Dopiero deszcz nieco oczyścił atmosferę.Był moment, kiedy płomienie podeszły niebezpiecznie blisko pod Józefów.– Nie wiedzieliśmy tak naprawdę, co dalej się wydarzy – przyznaje starosta biłgorajski, Andrzej Szarlip. – Byliśmy przygotowani na ewakuację.Gdy spadł Dromader, zapadła ciszaPierwszego dnia pożaru doszło do tragedii. Wieczorem nad kompleksem leśnym w rejonie Osuch pracował samolot gaśniczy Dromader. Za sterami siedział Andrzej Gawron, 65-letni emerytowany kapitan
LOT-u.Maszyna wykonywała kolejny zrzut wody. Kilka chwil później samolot spadł do lasu. Pilot zginął na miejscu. Informacja o katastrofie błyskawicznie rozeszła się wśród strażaków. Wielu z nich dowiedziało się o tragedii przez radiostacje.– Zapadła cisza – wspomina jeden z ratowników PSP. – W takich akcjach wszyscy wiedzą, iż ryzyko jest ogromne, ale kiedy ginie człowiek, to nagle dociera, z czym naprawdę walczysz.– To tragedia, która nas wszystkich poruszyła – mówi starosta Szarlip. – Człowiek, który nas bronił, który gasił pożar z samolotu, zginął.A ogień dalej szedł przez puszczę. I nic nie gwarantowało, iż zatrzyma się przed
domami.Pożar był tak rozległy, iż teren podzielono na kilka odcinków bojowych. Budowano wielokilometrowe magistrale wodne, a cysterny bez przerwy dowoziły wodę do walczących zastępów. Pamiętajmy, iż Puszcza Solska to nie tylko las. To bagna, torfowiska, podmokłe obszary. Miejsca, gdzie ciężki sprzęt grzęźnie po
osie.KGW gotowały posiłki, jak dla całej armiiZorganizowano wiele punktów logistycznych dla strażaków.– Jak samochód przyjeżdżał tankować, to załoga miała minutę albo dwie – opowiada wójt Kozyra. – Kromka chleba, kawałek kiełbasy, butelka wody i znowu wracali do lasu. I następny, następny, następny…Koła gospodyń wiejskich gotowały posiłki, jak dla całej armii. Mieszkańcy przywozili wodę, pieczywo i
żywność. Nikt nikogo nie prosił. – Brał samochód, co uznał za stosowne, przywoził tutaj i wykładał – mówi wójt Ł
ukowej.Starosta Andrzej Szarlip mówi dziś, iż mieszkańcy zdali egzamin: – Wiele życzliwości, wiele empatii. W takich momentach wspólnota naprawdę dział
a.Ziemia była rozgrzana piętnaście centymetrów pod spodemW Puszczy Solskiej płonęła nie tylko ściółka i drzewa. Tliła się także warstwa próchnicy i torfu. Strażacy gasili jedno miejsce, a kilka godzin później temperatura znowu rosła. Ogień wracał spod ziemi. Dlatego las monitorowano dronami z termowizją.– Ziemia była rozgrzana piętnaście centymetrów pod spodem – mówił
Kozyra.Dopiero trzeciego dnia sytuacja zaczęła się stabilizować. Nad region nadciągnęły opady deszczu. Niewielkie, ale wystarczające, by nieco ograniczyć tempo rozprzestrzeniania się ognia. – Kamień spadł nam z serca – przyznaje wójt Ł
ukowej.CZYTAJ TEŻ: Koniec akcji gaśniczej w Puszczy Solskiej. Teraz leśnicy zaczynają walkę o odbudowę lasu***W Józefowie i Kozakach swąd spalenizny będzie czuć jeszcze przez lata. choćby jeżeli firanki zostaną wyprane dziesięć razy. Bo puszcza ma to do siebie, iż długo pamięta krzywdę.Bitwa o Puszczę SolskąPożar wybuchł 5 maja na prywatnym kawałku lasu w rejonie miejscowości Kozaki (gm. Łukowa). W szczytowym momencie z ogniem walczyło ponad tysiąc osób – ramię w ramię stanęli strażacy PSP i OSP, leśnicy, policjanci, żołnierze WOT oraz inne służby. Akcję z powietrza wspierała flota śmigłowców i samolotów gaś
niczych.Alarm został ogłoszony między godziną 15 a 16. – Pożar został zaobserwowany z naszej wieży, z której prowadzony jest monitoring lasów – relacjonuje Jan Kowal, dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w
Lublinie.Zagrożenie dla Puszczy Solskiej było ogromne, dlatego do akcji zadysponowano potężne siły i środki. W operacji wzięły udział między innymi dwa policyjne śmigłowce S-70i Black Hawk, siedem śmigłowców zakontraktowanych przez Lasy Państwowe oraz cztery samoloty gaśnicze typu Dromader. Na lądzie z żywiołem mierzyło się kilkaset pojazdów poż
arniczych.Po prawie trzech dobach dramatycznej walki sytuację udało się w końcu opanować. 8 maja około godziny 16 Państwowa Straż Pożarna przekazała wyczekiwany komunikat:„Pożar w Puszczy Solskiej został opanowany i nie rozprzestrzenia się. Działania gaśnicze przechodzą w fazę dogaszania i przelewania pożarzyska, trwa likwidacja pojedynczych pożarów podściółkowych”.Wyjaśnieniem okoliczności wybuchu ognia zajęła się prokuratura, która wszczęła już śledztwo w tej sprawie. Na obecnym etapie śledczy zaznaczają, iż brakuje dowodów, które wskazywałyby na umyślne
podpalenie.Mimo ogromnego zaangażowania służb, straty są dotkliwe. Anna Sternik, rzecznik prasowy RDLP w Lublinie, przedstawia wstępny bilans (stan na 8 maja): – Szacujemy, iż powierzchnia lasów, które spłonęły, wynosi około 300 hektarów. Wskazana wielkość obejmuje łącznie tereny lasów państwowych oraz prywatnych. Należy jednak odróżnić obszar samego pożaru od zasięgu działań operacyjnych służb, który był znacznie większy i wynosił niemal 1000 hektaró
w.Widok, który pozostał po przejściu ognia, jest przygnębiający. Żywioł zniszczył nie tylko ściółkę, ale w dużej mierze także dojrzały drzewostan. Eksperci nie mają złudzeń co do przyszłości tego terenu.– Pełna regeneracja zasobów leśnych oraz powrót do pierwotnych wartości przyrodniczych na tym terenie potrwa dziesiątki, jeżeli nie setki lat – mówi Anna Sternik. – Musimy liczyć się z tym, iż w perspektywie kolejnych lat, przy pogłębiającej się suszy, wysokich temperaturach i gwałtownych zjawiskach pogodowych, pożary o takiej skali mogą stać się w Polsce nową rzeczywistością, podobnie jak ma to miejsce w Australii czy w południowej Europie – ostrzega rzecznik.