W półmroku własnego istnienia / Sunizm

publixo.com 1 miesiąc temu

Siedzę w fotelu, jakbym zapadł się w miękką przepaść własnych myśli. Próbuję złapać jedną z nich — tę adekwatną, tę, która mogłaby ocalić resztki sensu — popijając gorzką kawę, której smak przypomina mi o wszystkich porankach, których nie doceniłem. W mojej głowie, jak w starym projektorze, przesuwają się obrazy: wspomnienia, które nie pytają o pozwolenie, tylko wdzierają się w teraźniejszość, przypominając mi o tym, kim byłem, kim jestem i kim już nigdy nie będę. Przede mną światło spływa po dywanie, rozlewając się jak mleczna rzeka. Firana porusza się lekko, jakby oddychała, a jej falbanki mienią się w półcieniach, tworząc delikatne drgania barw. W pokoju panuje cisza — ta szczególna, gęsta cisza, która nie jest brakiem dźwięku, ale obecnością czegoś niewidzialnego. Cisza, która ma własny oddech, własną pamięć, własną historię. Cisza jak mysz, która spłoszona ucieka przez dziurkę od klucza, zostawiając za sobą jedynie ślad niepokoju. Wszystko wokół zdaje się zmęczone: meble, powietrze, choćby kurz, który osiadł na półkach, jakby i on miał dość trwania. Myślę. Zastanawiam się, czy warto jeszcze dążyć ku czemukolwiek — ku celowi, ku trosce, ku chwale, która i tak nie lubi zmysłowego, stłumionego światła czasu. Patrzę na ten świat, na ten mały wycinek rzeczywistości, który mam przed sobą, i widzę go zmęczonym okiem człowieka, który przeżył już pół wieku. Pół wieku, które spłynęło z powiek jak deszcz z parapetu — cicho, niepostrzeżenie, a jednak zostawiając ślady. Ślady, które nie chcą się zetrzeć, choć czas próbuje je rozmyć. Dzień chyli się ku końcowi. Mrok zaprasza księżyc, by stanął w półcieniu, jak aktor czekający na swoją kwestię. Poświata aureoli rozlewa się po ścianach, a ja patrzę w okno, jakbym chciał w nim znaleźć odpowiedź, której nie potrafię sformułować. Umysł nuży się własną hierarchią, własnym ciężarem, własnym chaosem. Myśli krążą jak ptaki, które zapomniały, dokąd miały lecieć. A jednak wiem — choć nie zawsze chcę to przyznać — iż wszystko, co było, jest tylko snem. Złym snem, który odszedł, choć wciąż stoi blisko, jak cień, który nie chce się odkleić od stóp. Przeszłość jest odległa, a jednocześnie tak bliska, iż mógłbym jej dotknąć. Jestem jak stracona kropla ducha, która spadła nie tam, gdzie powinna. Jakby ktoś pomylił miejsce mojego istnienia, a ja próbuję to naprawić, choć nie wiem jak. Może jedno ciało to za mało, by pomieścić to, co we mnie płonie, co się buduje i rozpada jednocześnie. Może człowiek jest tylko naczyniem, które pęka pod ciężarem własnych pragnień. Może sens jest tylko chwilą, która mija, zanim zdążymy ją nazwać.

A jednak wierzę.

Wierzę w to, co widzę, co czuję, co pamiętam. Wierzę, bo muszę — bo człowiek, który przestaje wierzyć, przestaje oddychać. Wierzę w wolę życia, która czasem jest jak twardy kamień, a czasem jak miękka glina. Wierzę w to, co buduję, choć wiem, iż czasem sam to niszczę. Wierzę w sens, choćby jeżeli ukrywa się przede mną jak zwierzę w gęstwinie.

I siedzę tak — w fotelu, w półmroku, w ciszy — i czuję, iż choć świat się kruszy, choć czas mnie osacza, choć wspomnienia gryzą jak ostre szkło, to jednak w środku tli się coś, co nie pozwala mi zgasnąć. Coś, co mówi: jeszcze nie koniec. Jeszcze nie teraz.

Bo odejść — tak po prostu — to zostawić po sobie ogniwo, które wydaje się być ogniwem straty. A ja nie chcę być stratą. Nie chcę być pustym miejscem w czyjejś pamięci. Każda chwila, każdy gest w czasie, w którym przebywam, stał się czymś na wzór idei, której sens jest wyznaniem — słowem ostatecznym, którego nie da się cofnąć.

Idę, chociaż tonę w myśli i marzeniu. Idę w stronę ostatecznej chwili tego czasu, dla którego życie stanie się stroną trzeźwej śmierci i pierwotnego ja. Ktoś powiedział kiedyś: „Dobrze umrzeć zdrowym”. Czy miał rację? Może. Ale tylko wtedy, gdy myślał o zdrowiu jako o bezgrzesznym życiu — o życiu, które nie musi się tłumaczyć przed własnym sumieniem. Bo względność zdrowia dzieli moje istnienie pomiędzy światami, których już nigdy nie zazna serce. A jednak — mimo wszystko — trwam. Bo trwanie jest ostatnią formą odwagi, jaką człowiek może sobie pozwolić, gdy wszystko inne zaczyna się rozpadać.
Idź do oryginalnego materiału