Dar Bielska – jacht, który spoczął na dnie oceanu, a żyje w pamięci

2 godzin temu

„Dar Bielska” był efektem uporu, ambicji i symbolem marzeń bielskich żeglarzy, zrodzonych daleko od wybrzeża. Stalowa, 16-metrowa jednostka powstała w cieniu strajków epoki Gierka, zamieniając marzenia pasjonatów z Bielska-Białej w rzeczywistość.

Jacht budowano aż 600 km od Bałtyku, w Przedsiębiorstwie Dźwigów Samochodowych „Bumar-Bedes” przy ulicy Gałczyńskiego w Bielsku-Białej. Zakład specjalizował się w produkcji żurawi samochodowych, jednak pod koniec lat 70., w trudnych czasach narastających protestów i niepokojów społecznych, z inicjatywy lokalnego Yacht Klubu pod czujnym okiem komandora Norberta Szymały, powstał projekt „Daru Bielska”.

– Prace trwały dwa lata, chociaż pierwotnie planowano dłużej. Musieliśmy się jednak spieszyć, ponieważ kraj przechodził przełom, były strajki i obawy, iż jeżeli nie zwodujemy jachtu szybko, cały projekt może zakończyć się fiaskiem – wspominał komandor Szymała.

„Dar Bielska” był jachtem typu rigel – dwumasztowym, pełnomorskim, z poszyciem stalowym i ożaglowaniem typu kecz. Jego konstruktorem był Kazimierz Michalski, który od połowy lat 70. zaprojektował łącznie trzynaście podobnych jednostek.

Stalowa konstrukcja miała ponad 16 metrów długości i blisko 4,5 metra szerokości. Solidność zapewniały dwie stalowe grodzie dziobowe i rufowe, a maszty unosiły około 100 m² żagla. Wnętrze było ciepłym żeglarskim domem – 11 koi w czterech kabinach, wykończonych dębem i mahoniem, pod teakowym pokładem. Napęd stanowił niezawodny, choć skromny silnik Leyland SW 266 o mocy 50 KM z Andrychowa, przystosowany do pracy ciągłej.

W połowie 1980 roku, po skomplikowanym transporcie ulicami Bielska-Białej, jacht dotarł do stoczni w Gdańsku, gdzie odbyła się symboliczna uroczystość chrztu – matką chrzestną była włókniarka z „Krepolu”. Pierwszym celem „Daru Bielska” był port w Amsterdamie.

Przez kolejnych szesnaście sezonów, do 1995 roku, „Dar Bielska” przemierzył około 200 tysięcy mil morskich, dwukrotnie docierając na Karaiby, dwukrotnie przepływając Ocean Indyjski, a także opływając Afrykę.

Jacht był solidny i niezawodny. Niestety, jedyne tragiczne zdarzenie miało miejsce w 1992 roku w porcie Recife w Brazylii, gdzie bandyci zamordowali oficera Adama Banaszka i postrzelili kapitana Leszka Zaka.

Po gruntownym remoncie w Trzebieży, gdzie jacht stacjonował nad Zalewem Szczecińskim, „Dar Bielska” wyruszył w swój ostatni rejs dookoła świata.

W pierwszym etapie opłynął Europę, przepłynął Morze Czerwone, a by uniknąć piratów, kapitan zdecydował się na dłuższy rejs Oceanem Indyjskim, opływając wyspę Sokotra i docierając do Mombasy, wybranej na bazę operacyjną. Latem 1995 roku załoga zajmowała się konserwacją i próbami silnika, który wykazywał problemy z przegrzewaniem i wibracjami.

Dramatyczne wydarzenia rozegrały się 12 lipca. Aby uniknąć upałów, „Dar Bielska” nocą wyszedł na redę, by przeprowadzić próby silnika. Około godziny 3:00 jeden z członków załogi wyczuł intensywny zapach spalin. Polecenie wyłączenia silnika i oględziny maszynowni nie wykazały źródła problemu. Niespełna godzinę później pojawiły się błyski ognia spod pokładu. Rozpoczęła się akcja gaśnicza, która jednak nie powstrzymała pożaru.

Ogień, podsycany przez styropianową izolację i mahoniowe wykończenie wnętrza, rozprzestrzeniał się gwałtownie. Toksyczny, czarny dym odciął dostęp do gaśnic umieszczonych w maszynowni. Załoga wyrzuciła za burtę butle z gazem i agregat prądotwórczy z zapasem benzyny, by zapobiec eksplozji. Próby gaszenia wiadrami również okazały się nieskuteczne.

Brak reakcji ze strony kapitanatu portu w Mombasie był dramatyczny. Na szczęście polski dowódca holownika ratowniczego „Bizon II” zorganizował pomoc, choć dotarł z opóźnieniem.

Około godziny 5:00 załoga zdecydowała się na zrzucenie tratw ratunkowych. Polski statek handlowy „Żytomierz” z Ukrainy uratował dryfujących na tratwach marynarzy i zabrał ich na pokład. Większość załogi wróciła do kraju samolotem LOT-u z nowymi dokumentami, gdyż ich oryginalne uległy zniszczeniu w pożarze.

Mimo prób gaszenia, „Dar Bielska” spłonął i zatonął na redzie portu Mombasa, zaledwie pół mili morskiej od rafy, ze stojącymi stalowymi masztami.

Izba Morska w Szczecinie ustaliła, iż przyczyną pożaru było zapalenie się sadzy w układzie wydechowym silnika, spowodowane długotrwałą pracą na niskich obrotach. Dodatkowo zalanie dolnej części kadłuba wodą zapobiegło eksplozji około 1000 litrów paliwa, co prawdopodobnie uratowało życie załodze.

Po 30 latach od tamtych wydarzeń historia „Daru Bielska” jest traktowana jako wypadek losowy. Mimo utraty jednostki i tragicznych momentów, dzięki opanowaniu załogi, nikt nie poniósł uszczerbku na zdrowiu.


Bartłomiej Kawalec

Idź do oryginalnego materiału