tę krainę przekazuję ci werbalnie, mówię ją
(nie: wmawiam) jak najprościej, okrągłymi słowami
(po co brnąć w kolczastą metaforykę, ubrzydalanie?),
językiem, co nie jest jak szpicrózga, ale niczym
płaszczuś, wata w kieszonce, ochronny pancerzyk.
opowiadam miejsce, w którym można pomylić
człowieka z ogniem (raz zdarzył mi się taki
pokraczny cud: jadąc do Biedronki widziałem
z drogi rozbiórkę zawalonej obory. nie wiem,
czyjej. komuś rozlazł się budynek, niczym domek
z maślanych kart. i likwidowano pozostałości,
wypalano słomę. wracając z dyskontu
przez sekundę miałem wrażenie, iż ognisko jest
naprawdę duże, wymknęło się spod kontroli.
przyjrzałem się lepiej. nie było ani płomyczka.
obok kopczyka popiołu siedział mężczyzna
w pomarańczowym kombinezonie roboczym,
mniej więcej takim, jakie noszą drogowcy).
wypowiadam zdania-tysiąchektarową wieś, Ziarnobyl,
gdzie wszystko rodzi się na gruzach Tragistanu,
żaden Zmarnobyl, miejsce porażki i zatraty.
słuchaj. niech wniknie.











